Praca, dom, wychowanie dzieci i dziesiątki innych spraw, którymi musimy zajmować się codziennie sprawiają, że żyjemy w przekonaniu, iż nie mamy na czasu już na nic więcej. Ale tak nie jest. Są wśród nas tacy, których rozkład dnia dowodzi inaczej. Co więcej, zarażają swoją pasją innych. Przedstawiamy Wam Bartka Brusiło, znanego z Instagrama jako „Tata na treningu”…

GO Sport: Wiele osób, które normalnie pracują i wychowują dzieci, mówi: „nie mam na nic czasu”. Jak Ty znajdujesz czas na dość dużą liczbę treningów?

Bartosz: -Tak szczerze, to ja też tego czasu nie mam, dlatego muszę kombinować. Przede wszystkim nie chcę wydzierać czasu rodzinie, więc zależy mi na tym, aby po powrocie z pracy nie wychodzić samemu na treningi. Wychodzę w nocy, kiedy śpią. Często zaczynam bieganie czy siłownię o 22:00. Zdarzało mi się kończyć bieganie pół godziny po północy. Wiele osób nie wyobraża sobie trenowania o takiej porze, ale ja się przyzwyczaiłem. Co więcej, moje ciało tak do tego przywykło, że rano jestem do niczego – nie idzie mi ani bieganie, ani trening siłowy.
Innym sposobem jest zagospodarowanie czasu, który zazwyczaj marnujemy, np. dojazd do pracy. Mnie samochodem zajmuje to ok. godziny, w większości stania w korkach. Rowerem jadę 35–45 minut w zależności od trasy i tego, czy jadę szosówką, czy góralem. Idealny czas na odrobinę ruchu. No i na koniec – można wziąć całą rodzinę na trening. Moja córka ma w niedziele dzień bajek, czyli czas, kiedy może je oglądać na tablecie. I może to robić tylko w niedziele. Zazwyczaj nasze weekendy są mocno zagospodarowane, ale tę jedną czy dwie godzinki na oglądanie jej zostawiamy. Ostatnio wymyśliliśmy, że to bez różnicy czy robi to w domu, czy na siłowni. Znaleźliśmy taką z pokojem dla dzieci i Wi-Fi.
 Bierzemy ją też na treningi biegowe na AWF, które prowadzi Ilona. Nasi znajomi robią to samo, więc dzieciaki świetnie się tam bawią, przy okazji także trenując. Chodzimy też razem na basen. Zanim dziewczyny się przebiorą i wysuszą, ja zdążę zrobić te 40 basenów.
 Kiedy mamy trening na bieżni, to także idziemy wszyscy razem. Kiedy moja żona biega, ja bawię się z córką, a potem się zmieniamy. Jak widać, sposobów jest dużo i gdy się to wszystko zsumuje, to naprawdę można mieć bardzo dużo czasu na trening. Ok. 1,5 godziny dziennie schodzi mi na aktywność fizyczną. Praktycznie dzień w dzień. Aha, no i nie rozumiem „nie mam na nic czasu”. Przeciętny Polak wciąż spędza kilka godzin przed telewizorem i w internecie…

 

Przeczytaj również  Euro U21, czyli wszyscy jesteśmy piłkarzami, wszyscy jesteśmy dziećmi...

Czy fascynowałeś się sportem od dziecka, czy pasja przyszła później?

– Ciężko powiedzieć o jakiejś konkretnej fascynacji jedną dyscypliną sportową, czy sportem jako takim. Poza dwuletnią przygodą z futbolem amerykańskim nigdy niczego nie uprawiałem wyczynowo, ale też jestem z pokolenia (początek lat ’80.), kiedy aktywność fizyczna (nazwijmy to sportem) była po prostu sposobem na zorganizowanie sobie czasu. Pierwszy komputer dostałem w wieku 18 lat, telefon komórkowy, gdy miałem 19. Jak byłem mały, nie mieliśmy kablówki, więc do wyboru były cztery kanały. Jakieś zajęcie trzeba było sobie znaleźć. W podstawówce graliśmy więc z kolegami na podwórku w piłkę nożną, bardzo często też w piłkę ręczną. W wakacje, które spędzałem u babci, rządziła gra w palanta, no i do jeziora miałem kilka kroków, więc siedzenie w wodzie było czymś naturalnym. Potem jako nastolatek przerzuciłem się na koszykówkę. Wtedy mi naprawdę odwaliło. Siedziałem na boisku godzinami i nie mogłem przestać. Czekałem aż stopnieje pierwszy śnieg, aby wyjść na boisko, a często było to w lutym. Dla mnie i moich kolegów nie miał znaczenia sprzęt (grałem w chińskich trampkach za 10 zł, piłką z hipermarketu także za 10 zł), liczyła się tylko dobra zabawa. Graliśmy na betonowym boisku, zazwyczaj luźno interpretując zasady. Było więc twardo i po męsku, choć byliśmy chłopcami.
Byłem też chłopakiem, który nigdy nie opuszczał WF-u. Dni, w których miałem WF, były najfajniejszymi dniami w szkole. Mogłem zapomnieć zeszytu, ale strój na zajęcia był zawsze. Może nie wybierano mnie jako pierwszego (ale też i nie jako ostatniego), ale nigdy mi to nie przeszkadzało w tym, aby kochać sport. I chyba to wszystko zostało mi do dzisiaj. Moje ciało przyzwyczaiło się i traktuje ruch jako coś naturalnego. Trochę zerwałem ciągłość przygody ze sportem, gdy poszedłem do pierwszej pracy. Wtedy też przytyłem jakieś 25 kg w dwa–trzy lata. Nawet się nie zorientowałem. Dopiero w wieku około 27–28 lat ponownie wróciłem do sportu: siłownia, bieganie, rower, trochę futbolu amerykańskiego. I tak praktycznie codziennie (z wyjątkiem futbolu).

Przeczytaj również  Maratony, które warto przebiec cz.2: Maraton w Pradze

Motywujesz swoją córkę, czy ona sama rwie się do sportu?

– Nie motywuję jej w klasycznie rozumiany sposób, czyli przekonując, dlaczego sport ma sens, że warto trenować itp. Małe dzieci jeszcze nie do końca mają rozwiniętą część mózgu odpowiedzialną za rozumienie konsekwencji i planowanie długoterminowe. Tłumaczenie dziecku, że dzięki sportowi będzie zdrowsze, sprawniejsze, może w przyszłości osiągać sukcesy itp., ma taki sens jak tłumaczenie tego kotu. Stosuję więc pewne triki. Nie mówię, tylko robię. Jak idę sobie pobiegać, zawsze zachęcam ją, żeby przebiegała ze mną jakieś jedno czy dwa kółka na bieżni. Tak sobie biegniemy i gadamy i cieszy ją to, a ja wiem, że właśnie jej organizm dostał lekki bodziec, do którego będzie się adaptował. Mam nadzieję, że jej to zostanie, a pewne sygnały ku temu są: na pytanie, kim chciałaby zostać w przyszłości, odpowiada: „Biegaczką tak jak mama”. Tu niestety muszę oddać pola żonie.

Jakie jest Twoje podejście do osiągnięć sportowych u dzieci?

– Dzieci do nastoletniego wieku w ogóle nie powinny być klasyfikowane i nie powinno się w żaden zewnętrzny sposób mierzyć ich osiągnięć. To wypacza ideę sportu. Małe dzieci mają różne predyspozycje motoryczne. Wiadomo, niektóre lepiej grają w piłkę itp. Presja na wynik oznacza także selekcję. Nie przez przypadek większość najlepszych sportowo dzieci w klasach to te urodzone na początku roku. U dzieciaków sześcio-, siedmio- czy ośmioletnich te kilka miesięcy rozwoju motorycznego naprawdę robi różnicę. Rywalizacja w tym wieku tylko promuje dzieciaki ze stycznia, a resztę zniechęca. W tym wieku sport powinien być jedynie zabawą. 
Do tego duża część dzieci wiele zyskuje w wieku nastoletnim. Ja na przykład mocno urosłem, gdy miałem ok. 15 lat, nabrałem trochę masy i moja motoryka znacząco się polepszyła, dużo lepiej niż u moich kolegów. Niestety, ponieważ nie byłem wśród najlepszych od małego, zostałem nieco zapomniany przez system i potem nie dało się już tego nadrobić. Grałem w kosza i szło mi to świetnie, ale potrafiłem to robić tylko na podwórku, na moich zasadach. W normalnej koszykówce pięciu na pięciu na parkiecie już tak dobrze nie było.
Do negatywnych czynników w rywalizacji dzieci dochodzi także presja rodziców. Często widzę, jak rodzice chcą, aby ich dziecko było najlepsze w tym, co robi. Najczęściej taki zapał nie trwa długo. Odpuszczają i rodzice, i dzieci. Pamiętam jak podczas jednego biegu w biegu maluchów (5–6 lat) startowało około 30 dzieci i zaledwie troje gimnazjalistów. To pokazuje, jak dużo się zagubiło gdzieś po drodze. Rodzice często wywierają presję na dziecko nieświadomie, chwaląc sukces, a nie sam udział w zajęciach czy zawodach. Dziecko czuje, że dostaje pochwałę tylko jak wygrywa, dlatego często rezygnuje z udziału w obawie przed porażką. A rozczarowania nie da się uniknąć. Można nie wypowiedzieć słów, ale emocje mamy wypisane na twarzy i nie jesteśmy do końca w stanie ich kontrolować (serio, niektórych mięśni twarzy świadomie nie kontrolujemy).

Przeczytaj również  Bieganie w terenie - kolejne wyzwanie, czy nowa moda?

Czy Twoja praca ma wpływ na to, jak podchodzisz do treningów?

– Nie chciałbym do końca zdradzać, czym się dokładnie zajmuję, więc powiem tylko, że moja praca polega na rozumieniu ludzkich zachowań. Na co dzień przekładam to na poszukiwanie odpowiedzi, jak zachęcić ludzi do kupowania produktów mojej firmy. Dzięki temu mam okazję (i obowiązek) zrozumieć, co motywuje ludzi, które działania są świadome i przemyślane, a które wynikają z instynktownych potrzeb i automatycznych zachowań. Dzięki temu wiem także, jak wpływać na automatyzm własnych zachowań, a także czasami przemóc swoją świadomość, czyli w skrócie co zrobić, aby się chciało, kiedy się nie chce.
Inną sprawą jest to, co sport daje mi w pracy i w rozwoju kariery. Wiem, że aby coś osiągnąć w obu sferach życia, potrzebne są konsekwencja, upór i mocne ukierunkowanie na cel.

Dzięki za rozmowę!

Sport to pasja na całe życie i historia Bartosza to potwierdza. Wpisuje się ona również doskonale w motto „żyjmy sportem”. Jednak to, co jest najcenniejsze, to jego zaangażowanie, podejście i konsekwencja w angażowaniu dzieci w aktywność fizyczną. I co ważne, robi to w sposób przemyślany, w którym dziecko jest na pierwszym miejscu. Dziecko, jego potrzeby i przyszłość, a nie ambicje rodziców!

Komentarze

komentarzy