Wojtek Ryczer, rocznik 1980, inżynier, fotograf, wspinacz, sportowiec… Sam o sobie mówi, że jest wspinaczem i alpinistą.

Druga część wywiadu z Wojtkiem.

GO SPORT: Otrzymałeś jedną z najbardziej prestiżowych nagród w świecie podróżniczym i wspinaczkowym ‒ Kolosa. Dostałeś ją za wytyczenie nowej drogi na dziewiczy sześciotysięcznik w chińskiej prowincji Syczuan.

Wojtek Ryczer: Od razu chciałem zaznaczyć, że nagrodę otrzymał zespół. To nie jest moja nagroda, ale całej naszej trójki: Rafała Zająca, Marcina Rutkowskiego i moja. Na pomysł pojechania do tego rejonu wpadł Rafał, celu szukaliśmy wspólnie. Kolos jest wyróżnieniem przyznawanym przez kapitułę, która składa się z kilku autorytetów i jest to nagroda dla podróżników i eksploratorów. Co ciekawe, jest ona specyficzna, bo są przedsięwzięcia o dużym walorze sportowym, które nie kwalifikują się do otrzymania Kolosa, gdyż nie zawierają w sobie aspektów podróżniczych i eksploracyjnych. Możemy w świetnym czasie przebiec Europę i nie otrzymamy Kolosa. Możemy objechać cały świat na rowerze i nie jest to specjalnie odkrywcze. Za to wejście na K2 zimą z pewnością Kolosa otrzyma.

Na czym polegało wytyczenie wspomnianej nowej drogi?

‒ Tak to zostało sformułowane, że wytyczyliśmy nową drogę wspinaczkową. Tak naprawdę wystarczyłoby powiedzieć w uzasadnieniu wyróżnienia, że zdobyliśmy dziewiczy szczyt. My weszliśmy tam trudną drogą, czyli wytyczyliśmy ładną linię. Jak wiadomo, kryteria estetyczne są różne, ale dla alpinistów określenie „ładna linia” to prosta linia wejścia na wierzchołek, nieunikająca trudności. Dlaczego nie skorzystaliśmy z łatwiejszej drogi? Alpinista korzysta z okoliczności. Taką okolicznością może być kuluar, który jest wylany lodem, może być grań, która umożliwia szybkie przemieszczanie pod warunkiem, że nie jest zbyt stroma. My korzystaliśmy z lodowych kuluarków, pod koniec z grani. De facto, wybraliśmy linię, która pozwoliła nam wspiąć się i wcale nie była taka prosta, jak się na początku spodziewaliśmy.

To wy nazwaliście tę drogę Hard Camping?

‒ Tak, my. Zaproponował ją Rafał, który jest dobry w wymyślaniu nazw. Wspinaliśmy się kiedyś razem na granicy kirgisko-chińskiej i tamtej drodze nadaliśmy nazwę Nordic Walking. Rafał stwierdził, że nazwa Hard Camping doskonale pasuje do tamtej nazwy, ale także do okoliczności tej wspinaczki w Chinach.

Czy wytyczaliście tę drogę, będąc już na miejscu, czy korzystaliście ze zdjęć i innych materiałów jeszcze przed wyjazdem?

‒ Przed wyjazdem wykonaliśmy dość sporą pracę polegającą na zgromadzeniu różnych informacji. Szukaliśmy w Internecie danych o wyprawach, które były w rejonie, korzystaliśmy również z różnych biuletynów i pytaliśmy się osób uczestniczących we wspomnianych wyżej wyprawach, czy były w tym miejscu, czy znają kogoś, kto tam był, itd. Jeśli chodzi o informacje na miejscu, to próbowaliśmy zdobyć chińskie mapy wojskowe, ale niestety udało nam się to dopiero po wyjeździe…

Przeczytaj również  Open water, czyli nie samym basenem człowiek żyje

Chińskie mapy wojskowe?!

‒ Tak, tak!

Chyba łatwiej byłoby zdobyć PESEL Putina… (śmiech)

‒ (Śmiech) No właśnie ktoś miał te mapy, ale nie dotarły do nas odpowiednio szybko. Kiedyś były też polskie wojskowe mapy 1:10 000. Oczywiście, na każdej mapie wojskowej są celowo wprowadzone przekłamania na wypadek, gdyby trafiła ona w ręce cywilne, miała sprawić więcej problemów niż dać korzyści. Ale na nasze szczęście, rok wcześniej Google zindeksował ten region lub kupił zdjęcia satelitarne bardzo dobrej jakości. Mogliśmy korzystać ze zdjęć lodowca i wydrukowaliśmy sobie te materiały. Okazało się jednak, że zdjęcia Google’a w okolicy szczytu nie były dokładne. Chodzi o to, że gdy oglądamy coś w usłudze Google Earth to jest to mapa, zdjęcie naciągnięte na trójwymiarowy model terenu, więc powstaje pytanie, jak dokładny jest to model. Jeśli szczyt jest ostrą piramidą, to dokładność takiego modelu w jego okolicach będzie słaba.

To wszystko jest dość skomplikowane, ale rozumiem, że wykonaliście dużą pracę przed wyjazdem. Przyjeżdżacie na miejsce, jesteście już po aklimatyzacji u podnóża góry i co dalej?

‒ Jest taki moment… Wyprawa trwa, powiedzmy, cztery tygodnie. Zaczyna się od jednodniowego podejścia na jakąś tam wysokość z pomocą Szerpów lub tragarzy. I przychodzi taki moment, gdy jesteśmy zdani wyłącznie sami na siebie. I działamy. Przez kilkanaście dni zajmowaliśmy się tylko chodzeniem do góry i do dołu, aklimatyzowaniem, szukaniem dogodnych miejsc na kolejne obozy i zostawianiem tam rzeczy, które miały być potrzebne później. W końcu nastąpił ten moment, gdy mieliśmy dobre prognozy pogodowe, byliśmy już przygotowani aklimatyzacyjnie i zaczęliśmy się wspinać. W ścianie spędziliśmy trzy i pół dnia. Mieliśmy trzy biwaki w ścianie i czwarty w zejściu. Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, to wykonaliśmy kawał dobrej roboty, ale też byliśmy solidnie zmęczeni. Biwaki zwykle nie są komfortowe. W tym przypadku jeden był w miarę wygodny, pozostałe dwa w ścianie były średnie…

Przeczytaj również  "Intensywny trening odmładza", czyli czym jest CrossFit

Czy poza Kolosem w jakikolwiek sposób świat dostrzegł, docenił Wasz wyczyn?

‒ Wyprawę doceniono ‒ została zakwalifikowana do ścisłej selekcji nagrody Złotego Czekana. Jest to taki Oscar przyznawany alpinistom. Jest to nagroda międzynarodowa, cieszy się największym prestiżem na całym świecie. Również miłą rzeczą było to, że w mediach społecznościowych otrzymaliśmy wiele miłych komentarzy. Jednym z tych, który sprawił nam najwięcej przyjemności, był komentarz świetnego rosyjskiego alpinisty i himalaisty, który stwierdził: „Chłopaki! Świetna robota! Byłem pod tą ścianą w 2012, nie udało mi się wspiąć ze względu na złą pogodę”. Było nam miło, że wybraliśmy cel podobny do celów, można powiedzieć, światowej śmietanki i udało nam się go osiągnąć.

Wojtku, rozumiem, że masz sportowe, wspinaczkowe ambicje, że robisz coś nowego, jest adrenalina, ale czy nie przychodzi taki moment, że jesteś na niewygodnym biwaku w ścianie, stajesz twarzą w twarz ze ścianą, wysokością, zimnem i zadajesz sobie pytanie: „co ja tu robię”?

‒ Wielokrotnie są takie momenty, gdy ja czy inni zadajemy sobie pytanie, w bardzo niecenzuralny sposób, co my tu robimy. Ale co z tego, że je sobie zadamy? Skoro jesteśmy w danym momencie w jakiejś konkretnej sytuacji, z której nie możemy się wycofać, nie ma guzika „Esc”, nie mamy „save’ów” jak w grze (komputerowej – przyp. red.)? To trochę tak, jakbyśmy doprowadzili się w życiu codziennym do jakiejś trudnej sytuacji, która wydaje się bez wyjścia, ale coś trzeba robić. Co z tego, że tak sobie myślimy, skoro i tak nic nie możemy poradzić.

A co Ciebie pcha w te góry?

‒ Ja w sumie sam sobie do końca nie zdaję sprawy. Są po prostu takie momenty, że mam ochotę pojechać i się powspinać. Większość wspinaczy ma podobne dylematy. Wielokrotnie takie pytania padały, zadawane przez dziennikarzy sławom i tuzom wspinaczkowym. Jedną z bardziej znanych odpowiedzi na pytanie dlaczego wspinasz się w górach jest: „Bo są…”. To tak jakby zadać biegaczowi pytanie, dlaczego biega…

Bo może?

‒ Bo może, bo lubi, bo daje mu to możliwość samorealizacji. Szczerze mówiąc, nie ma to dla mnie większego znaczenia. Po prostu wiem, że w jakimś momencie mam na to ochotę i staram się to robić.

Przeczytaj również  Zawody triathlonowe - czego się spodziewać?

Twoja druga pasja to fotografia. To jest Twoja pasja, prawda?

‒ Szczerze mówiąc, nie jestem do końca przekonany, czy obecnie jest to aż tak wielka pasja. Lubię fotografować. Towarzyszy mi to od wielu lat.

Ty nie fotografujesz wszystkiego. Skupiasz się głównie na turystyce, górach, sporcie.

‒ Zdarza mi się robić reportaże okolicznościowe. Bardzo lubię fotografować znajomych. Myślę, że jest to jednakowa motywacja, jaką ma większość fotografów. Jak zabieram aparat na wyjazdy, po prostu szukam ładnych kadrów. Czasem na te kadry poluję dłuższą chwilę. Jest w tym niewątpliwie jakiś aspekt kolekcjonerski czy odkrywczy, a może po prostu żyłka myśliwego, ale chcę mieć jakiś wyjątkowy, fajny kadr. Niewątpliwie fotografia pozwala mi się zrealizować w pewnej płaszczyźnie odkrywcy, ale rejestrujemy jakiś moment, zatrzymujemy tę chwilę, mamy obraz momentu i ten obraz jest wielopłaszczyznowy. Możemy patrzeć się na jedno zdjęcie przez wiele minut, ono nas nie nudzi, jest ciekawe, jest w nim na przykład świeżość, jest w nim energia. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma w nim nic, a ktoś inny powie, że jest jak obraz. Jest to coś interesującego.

Co w codziennym życiu dała Ci wspinaczka?

‒ Wytrwałość. Nieważne, czy to jest zdobywanie kompetencji zawodowych, czy budowanie domu. Ta moja wytrwałość w jakimś stopniu bierze się właśnie z mojej sportowej pasji. Choć nie mam 100% pewności. Sądzę, że sport w jakimkolwiek wymiarze ‒ czy amatorski, czy zawodowy ‒ wymaga wytrwałości i wiary w sukces. Wiary, która zakrawa nieco na obsesję.

Czy masz jeszcze jakieś marzenia wspinaczkowe?

‒ No cóż, apetyt rośnie w miarę jedzenia. I na pewno chcę robić rzeczy trudniejsze, poświęcając na to mniej czasu.

Wspinaczka górska czy sportowa?

‒ Chciałbym łączyć te dwie dyscypliny. Oczywiście, ktoś powie, że jest to nieoptymalne, bo wspinanie w górach degraduje poziom sportowy, ale myślę, że z punktu widzenia związanego z poziomem pobudzenia czy z motywacją do wspinania, to jest w porządku, bo po każdym wysiłku trzeba trochę odpocząć i dobrze robi, jak zrobimy coś innego.

Bardzo dziękuję za rozmowę i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś porozmawiamy. Może po wytyczeniu jakiejś nowej drogi.

‒ Dziękuję.

Komentarze

komentarzy