Dzwoni telefon. Odbieram. Kolega znalazł u siebie w garażu coś mojego i pyta czy chciałbym odebrać to przed jego wyjazdem na urlop. Mówię, że jestem w Krynicy. Pytam, czy może podrzucić to do moich rodziców, zastanawiam się głośno, gdzie bliżej mógłby mi to zostawić. On przerywa mi, pytając, czy jestem może na jakimś biegu. Odpowiadam, że tak, właśnie biegnę. „A który kilometr?” „Dziewięćdziesiąty piąty”. „Co?! To ty biegnij”, powiedział i się rozłączył.

 
W życiu każdego biegacza ultra są takie chwile, do których chce wracać. Z różnych powodów. Jedni chcą przeżyć je jeszcze raz, inni uważają, że mają niewyrównane rachunki z jakąś trasą lub górą. Niektórzy wracają, by jeszcze raz coś sobie lub innym udowodnić, dla innych jest to jak narkotyk i nie mogą bez tego żyć. Każdy powód jest dobry. Ja w tym roku wróciłem do Krynicy po punkty ITRA, które kwalifikują do biegu UTMB. Tak miało być, ale jak to często bywa, los miał swój pomysł na mój tegoroczny start w Biegu 7 Dolin.

 

Mieć cel

Miałem pobiec z kolegą, który postanowił pogłębić swoją znajomość z biegami ultra i ukończyć pierwszą setkę. Jego plan był prosty: zdobyć doświadczenie, spokojnie przebiec w limicie, nie zrobić sobie krzywdy. W związku z tym planu sportowego w postaci określonego czasu nie było. Na tydzień przed wyjazdem dowiedziałem się, że moja koleżanka jest chora, postanowiłem więc pobiec dla niej, by dodać jej siły w walce z trudną chorobą.

 

Miłe złego początki

Pierwsze 36 km do Rytra to właściwie rozgrzewka. Lekki zbieg, trochę pod górę, ale bez dramatu, jak mówi młodzież, dziarsko na Jaworzynę Krynicką, zaraz jest Runek, szybko w dół i po krótkim, łagodnym podbiegu jesteśmy na Hali Łabowskiej. Tu właściwie nawet się nie zatrzymaliśmy, choć napoje i drobne przekąski kusiły. Właściwie, bo próbowałem znaleźć kierownika schroniska, z którym się znamy, ale bez powodzenia. Wyrzucenie śmieci, szybka toaleta i chwilę później zaczęliśmy połykać kolejne kilometry, szczególnie że teraz było naprawdę mocno z góry.

Przeczytaj również  Co robić na podłodze czyli najlepsze ćwiczenia dla Twojego brzucha i pleców

 

Szybki przepak i na Przehybę

Gdy już zbiegnie się do Rytra, a następnie skieruje w stronę schroniska Hala Przehyba, to tam znajduje się pierwszy na trasie biegu przepak – akurat przed ponownym wejściem w góry. Zmiana skarpet, koszulki, banan, kubek herbaty, uzupełnienie zapasu wody i możemy ruszać dalej. Jak na razie wszystko zgodnie z planem, sprawnie i z uśmiechami na twarzy. Mieliśmy prawie 40 km za sobą i zapowiadał się wietrzny, ale ciepły i piękny dzień. Zapomniałbym, organizatorzy postanowili zażartować sobie z nas i przygotowali dodatkową nagrodę dla tego, kto najszybciej pokona odcinek z przepaku do schroniska na Przehybie. Dlaczego zażartowali? No cóż, polecam pokonać ten dystans na własnych nogach. Wtedy zrozumiecie.

 

Pierwsze schody

Za Przehybą znajduje się najpiękniejszy według mnie fragment trasy biegu – przez Radziejową, Wielkiego Rogacza i Eliaszówkę. Widoki zapierające dech w piersiach, w tym Tatry jak na dłoni i poczucie wolności oraz szczęścia, czyli to, co kocham w górach najbardziej. Niestety dla mojego kolegi ten odcinek oznaczał także pierwsze kłopoty. Pot, wilgoć i zmienna temperatura dały o sobie znać i za cel wybrały pięty. Ale to przecież ultra, mamy za sobą już ponad 50 km, więc jakieś straty muszą być, a „bąbeloza” to przecież nic nowego dla biegacza. Ostatnie 9 km na tym odcinku to zbieg do Piwnicznej i płaski odcinek przez miasto, aż do przepaku. Tam podobny scenariusz jak na pierwszym. Uzupełniamy zapasy, suche ciuchy i w drogę.

 

Początek końca

Wyjście z Piwnicznej to od razu droga pod górę, potem w dół do Łomnicy i znowu pod górę, jedno siodło, a dalej w dół do Wierchomli. Ten odcinek to zaledwie 11 km, ale dla wielu ten fragment jest najważniejszy w walce o zmieszczenie się w limicie na kolejnym punkcie kontrolnym i mecie. Gdy ma się w nogach już prawie 70 km, to nie zawsze jest łatwo utrzymać dobre tempo przy podchodzeniu pod górę. Mimo zmiany skarpet i krótkiej regeneracji, mój kolega z kilometra na kilometr wyglądał coraz gorzej, ale dotarliśmy do ostatniego przepaku pod hotelem w Wierchomli. I znowu. Szybkie uzupełnienie zapasów, zostawienie w worku depozytowym wszystkiego, co nie będzie już potrzebne na ostatnich 23 km, i w drogę.

Przeczytaj również  #AmbasadorGOSport – Katarzyna Górniak i Tomek bomba o podbiegach - Video!

 

Ściana

Niestety, podejście pod wyciągiem pokonało mojego towarzysza, a mi pozostało około 20 km i niewiele czasu. Teraz to ja musiałem dać z siebie wszystko, żeby zdążyć na ostatni punkt kontrolny. Trudno jest opisać ból, jaki towarzyszył mi na zbiegu do Szczawnika, ale zapamiętam to uczucie bardzo długo. Szuter lekko do góry do Bacówki nad Wierchomlą okazał się dla mnie łaskawy i kilkanaście minut przed limitem zameldowałem się na początku ostatnich 11 km. Gdy kończyłem bieg i wchodziłem na metę w Krynicy, byłem zmęczony ostatnimi 20 km, wszystko mnie bolało, ale najbardziej było mi żal mojego kumpla. Tyle wysiłku, pracy, walki z trasą, bólem i słabościami. I zakończył bez medalu. Choć powinien dostać medal za uśmiech i wsparcie, jakiego udzielił mi na mecie.

 

Za metą

100 km biegu po górach to dystans, który wymaga nie tylko wytrenowania i mocnej głowy. Potrzeba także pasji i celu. Taka trasa to często krew, pot i łzy. Jednak siła, jaką daje, gdy już się przekroczy linię mety i dojdzie do siebie, jest ogromna. I można wtedy dzielić się nią niemalże bez końca.

Komentarze

komentarzy