Czy trenując do swoich pierwszych zawodów triatlonowych, zastanawiacie się czasem, jak to będzie? Jeździcie na zawody, obserwujecie i wciąż się zastanawiacie? Rozumiem Was doskonale, bo sam tak miałem. Mam nadzieję, że poniższa relacja z zawodów tri pozwoli Wam lepiej zrozumieć ich naturę oraz lepiej przygotować się na to, co może Was spotkać.

Tak naprawdę opiszę Wam nie jedne zawody, lecz wszystkie, w jakich uczestniczyłem. Z tych doświadczeń ułożę relację, która jest najprawdziwszą z możliwych, bo moją własną. Ktoś powie, że nie jest obiektywna… Tak, będzie miał rację. Gdy startujecie, nic nie jest obiektywne. To Wy płyniecie, jedziecie, biegniecie, odczuwacie ból, radość, zmęczenie, itd. Nic nie jest obiektywne. Bo nawet jeśli trasa i pogoda są dla wszystkich takie same, to każdy odbiera je inaczej.

 
Jeśli w niedalekiej przyszłości wybierasz się na swój pierwszy triathlon, przeczytaj moje porady dla startujących w triathlonie!

 

Przyjazd

Jeśli nie znam miejsca zawodów, to zazwyczaj przyjeżdżam tam dzień lub dwa wcześniej. Zobaczyć okolicę, oswoić się z wodą, w której będę pływał, przejechać po trasie kolarskiej i po prostu zaaklimatyzować się. Lubię wiedzieć, gdzie można zjeść coś, na co zazwyczaj mam ochotę przed zawodami, gdzie zrobić zakupy. Lubię już w piątek, najpóźniej w sobotę rano opracować i przygotować logistykę przed zawodami i po nich. I, oczywiście, naszykować sobie rzeczy. Każdy ma swój rytuał, mam i ja.

 

Sobota

Sobotnie przedpołudnie to dłuższy sen, śniadanie, relaks, rolowanie, rozciąganie, obiad i ewentualnie objazd trasy, jeśli takowego nie planuje organizator (wtedy zazwyczaj ma on miejsce popołudniu). Obiad planuję tak, by bezpośrednio po nim skierować się do biura zawodów, odebrać pakiet i w przypadku objazdu trasy zdążyć do miejsca zakwaterowania, by przebrać się i dotrzeć na miejsce zbiórki. Pozostały wolny czas to relaks, odprawa, wieczorne rolowanie i jeszcze raz relaks. To, o której idę spać, zależy od tego, o której startuję i do której godziny można wstawiać rower i resztę rzeczy do strefy zmian. Wiele osób robi to w przeddzień zawodów, ale ja wolę przed startem. Wtedy mam pewność, że rower jest dopieszczony, rzeczy mi nie zmarzły ani zamokły, itd. Tak już mam. Wieczorem wszystko jest gotowe, a ja idę spać.

Przeczytaj również  Apelujemy: kobieto-sportowcu, zadbaj o siebie!

 

Niedziela

Pobudka, prysznic, śniadanie i wstawienie roweru do strefy zmian. W zależności od godziny startu, drugie śniadanie i relaks. Nad wodę docieram ostatecznie około 50 minut przed rozpoczęciem zawodów. Zakładam piankę, wchodzę do wody, krótka rozgrzewka i rozpływanie. Potrzebuję na to około 15–20 minut, resztę czasu spędzam na rozmowach ze znajomymi i oczekiwaniu na start. Mam w zwyczaju wchodzić do wody na końcu. Nie jestem dobrym pływakiem, więc start z pierwszej linii nie da mi wiele poza znalezieniem się w środku „pralki”, co nie jest komfortowe dla kogoś, kogo mocną stroną nie jest pływanie. Ale to ja. Poza tym prędzej czy później i tak znalazłbym się na końcu stawki, więc dużej różnicy nie ma, a przynajmniej mam komfort przestrzeni wokół siebie.

 

Pływanie

Wystartowałem. Płynę spokojnie, nie staram się „wypruć” już na początku. Niewiele zyskam, a stracić mogę dużo. Skupiam się na utrzymaniu rytmu, staram się pamiętać o technice i utrzymywać prawidłowy kurs. Straty na nawigacji to kolejne metry, które przeliczają się na kolejne sekundy i minuty, a w moim przypadku są one bardzo cenne. Według moich wyliczeń więcej zyskam, gdy będę płynął spokojnie i kontrolował kurs. Jest już blisko do wyjścia z wody. Ponieważ wiem, gdzie zaczyna się płycizna, to wiem dokąd płynę, a gdzie mogę już się podnieść i wyjść wody. Pamiętam o zasadzie, że dopóki ręka w wodzie nie sięgnie podłoża, nie należy się podnosić, ale to ja. Sprawdziłem, że po kolana w wodzie i tak jestem szybszy niż ja płynący. Więc wstaję i wybiegam z wody w stronę strefy zmian, jednocześnie zdejmując piankę do pasa.

 

Strefa zmian T1

Są zawodniczki i zawodnicy, którzy błyskawicznie zdejmują piankę, zakładają numer startowy, okulary, kask, zdejmują rower i po chwili wybiegają z nim ze strefy, za belką wskakują i właściwie już jadąc zakładają buty, które od początku są wpięte w pedały. Czas, czas i jeszcze raz czas. Chodzi o to, by w strefie zmian spędzić go jak najmniej. Ze mną jest nieco inaczej. Czy to przez moje duże łydki, czy nie do końca najlepszą dla mnie piankę, ale zdjęcie jej, a właściwie nogawek od kolan w dół nie jest łatwe i trwa dłużej niż u innych. Zazwyczaj muszę na chwilę usiąść. A skoro już siedzę, to wycieram stopy, zakładam skarpetki, buty i całą resztę. Spokojnie, bez zbędnego nerwowego pośpiechu wybiegam ze strefy zmian i za belką wsiadam na rower.

Przeczytaj również  10 najważniejszych zasad, których należy przestrzegać, jadąc rowerem

 

Rower

To moja ulubiona część sportowa triatlonu, co nie znaczy, że jestem wybitnie szybkim kolarzem. Ale z tych trzech dyscyplin, to moja najmocniejsza. Minąłem belkę, wsiadłem na rower, wpiąłem bloki w pedały i już jadę. Rower mam szosowy, z dwoma koszykami na bidony. W dużym bidonie wożę wodę lub izotonik własnej roboty (woda wysoko zmineralizowana, cytryna i miód), a w małym colę. Czasem mam ze sobą także żele energetyczne, ale nie zawsze. Rozpędzam się powoli, ale systematycznie. A po chwili już gnam i gonię. Za każdym razem obiecuję sobie nie zakwasić mięśni, ale niestety często o tym zapominam i słono za to płacę, ale o tym później. Jadę szybko, wyprzedzam kolejne osoby, czasem ktoś wyprzedzi mnie. Tak mijają kolejne kilometry. Sprawia mi to ogromną frajdę. Czasem myślę sobie, że może wystarczyłby mi rower? Przychodzi ten moment, gdy się niecierpliwię. Jadę szybko, a kilometry nie przeskakują w takim tempie, jakbym tego sobie życzył. Ale gdy tylko widzę na końcu ulicy lub szosy belkę, przed którą muszę zejść z roweru, to zsiadam z niego z żalem, że to już koniec. Może mógłbym jednak „karnąć” się na rowerze, zamiast biec?

 

Strefa zmian T2

Wbiegam z rowerem do strefy zmian i oczywiście zgodnie z zasadami najpierw wieszam rower, a potem zdejmuję kask. Dobrze, że w T1 pamiętałem, by najpierw założyć okulary, a dopiero potem zapiąć kask. W T2 idzie mi dużo sprawniej, mimo że buty mam na klasyczne sznurowadła, a nie elastyczne, których nie trzeba poprawiać i wiązać. Szybka zmiana butów i wybiegam ze strefy zmian, już w drodze przekręcając pasek z numerem, by na biegu był z przodu.

 

Bieg

I tu zaczyna się bajka lub dramat. Jeśli jest moc, jeśli nie zakwasiłem się wcześniej, to lecę. Jeśli na rowerze mnie poniosło, przesadziłem, to powoli zaczyna się mój zgon. Wodę i izotoniki przyjmuję z punktów nawadniania, ale nic nie jem. Szkoda czasu i żołądka. Jeśli jest gorąco, to więcej piję izo, a wodą przede wszystkim się polewam. Biegnę i biegnę, i biegnę, i biegnę. Bieganie samo w sobie lubię, ale teraz potrzebuję chwili, by znowu je polubić. A przynajmniej tolerować. No ale cóż, sędzia nie zgodził się, bym trzeci etap zawodów pokonał ponownie na rowerze. Staram się zrelaksować i zająć czymś głowę, wtedy mniej myślę o tym, ile zostało mi kilometrów, że jest ciężko, gorąco, itd. I mam na to sposób, ale o tym na końcu. Wreszcie słyszę gwar mety. Zaraz, zaraz, już ją widzę i od razu wstępują we mnie jakieś dodatkowe siły. Poprawiam numer, zdejmuję okulary i za chwilę jestem dosłownie kilkanaście kroków od linii mety, słyszę już swoje imię i wyrzucam ręce do góry w geście zwycięstwa.

Przeczytaj również  #AmbasadorGOSport: Małgorzata Rutkowska - relacja oczami uczestniczki Maratonu w Pradze

 

Meta

Przekroczyłem linię mety, ktoś powiesił mi medal na szyi, zdjąłem z kostki chip do pomiaru czasu i wrzuciłem go do pojemnika, zatrzymałem zegarek, namierzyłem wzrokiem stolik z owocami. Mija kilka minut i zmierzam do basenu z zimną wodą, na masaż, po posiłek regeneracyjny lub coś słodkiego, gratulując po drodze innym, którzy już ukończyli zawody. Jeśli jest punkt z izotonikiem na bazie chmielu, a na trasie jest mój przyjaciel Jarek, to ogarniam się szybko i lecę na metę, by go tam przywitać. Taką mamy tradycję.

 
Jestem Wam winny wyjaśnienie, czym zajmuję głowę w trakcie biegu i na etapie kolarskim. Dopinguję innych. Wszystkich i każdego z osobna. Jeśli kiedyś na zawodach na trasie zobaczysz kogoś, kto do każdego innego krzyczy „dajesz, dajesz” lub coś podobnego, pozdrawia, zagrzewa do boju lub motywuje innych, to najprawdopodobniej będę to ja. Ktoś zapytał mnie, dlaczego tracę energię, by dopingować innych. Odpowiedź jest prosta. Dla mnie zawody triatlonowe to nie tylko wyścig. Dla mnie zawody triatlonowe to nie jest tylko ściganie. To radość z realizowania swojej pasji do aktywnego spędzania czasu, do spotykania znajomych i przyjaciół, którzy dzielą ze mną miłość do sportu. Dla mnie triatlon, podobnie jak życie, to podróż, przygoda i pasja.

Komentarze

komentarzy